O tym jak wychowywała mnie cała wioska

15. 03. 22
posted by: przystań bliskości

   Wychowałam się w rodzinie wielopokoleniowej. Znam blaski i cienie życia w stadzie. Stadzie, które od lat było związane z prowincją, zwierzętami, gospodarstwem i drewnem. Zamykając oczy pamiętam wolność i swobodę w podejmowaniu zabaw na świeżym powietrzu bez nadzoru rodziców i dziadków, brudnych ubraniach od błota, mokrych od potu koszulek, posiniaczonych kolanach. Dzień witałam o świcie, zaraz po pianiu koguta, wybiegając w poszukiwaniu jajek. Od małego pracowałam – wybierałam sama prace, które były przeze mnie lubiane i adekwatne do moich sił i wieku.

   Z dumą realizowałam się w grabieniu liści, żniwach, wyganianiu kur, zbieraniu jajek czy pilnowaniu pasących się krów. Nie tylko ja pracowałam. Pracę zaczynali skoro świt moi sąsiedzi – przyjaciele, część wspierała nas, druga część pielęgnowała kwiaty i rodzinny interes ogrodniczy. Podobały mi się ich spracowane od pracy ręce, mieli niesamowitą wiedzę, dumnie słuchaliśmy instrukcji jak wsadzać różnorodne kwiaty, jak pielić, podlewać. Miałam to szczęście, że mogłam w każdej ich pracy uczestniczyć bądź się przyglądać.

   Zabawa była dla nas pracą, pracą była zabawa.

  Nie nudziliśmy się. Nie oglądaliśmy telewizji bo nie było na nią czasu. Rodzice zapraszali przyjaciół do domu na jedzenie, my również byliśmy zapraszani, odkrywaliśmy inność każdego domu, każdego miejsca. Były momenty kiedy po kończącym się dniu płakaliśmy, że robi się noc i musimy skończyć naszą zabawę. Każde igrzyska, olimpiady były dla nas wielkim wydarzeniem. W licznej grupie całego sąsiedztwa, rodziny rywalizowaliśmy w skokach w dal czy łyżwiarstwie figurowym. Rodzice, dziadkowie wspierali nas jako sędziowie bądź widownia. Za całą resztę odpowiadaliśmy my. Obowiązki były rozdzielane przez najstarszych, każdy miał swoje zadanie – od biletów wstępu i zaproszeń po wyrównanie placu i zorganizowania ławek.

   Nawet jak byliśmy niewidoczni było nas słychać. Każdej zabawie towarzyszyły oklaski, brawa, śpiewy, głośne rozmowy – emocje. Żyliśmy narodzinami kolejnych przyjaciół, pierwszymi rowerami, motorynkami, obserwowaliśmy starość, uczestniczyliśmy w pogrzebach. W naturalny sposób uczyliśmy się szanować, wybaczać, przepraszać, dziękować, spierać, wyrażać swoje zdanie. Żyliśmy w stadzie, które miało swoje zasady, wypracowane przez nas samych. Z żalem żegnaliśmy starszych, którzy odchodzili do „świata dorosłych", przyglądaliśmy się temu procesowi ze zdziwieniem oswajając, że i my do nich kiedyś dołączymy.

   Były momenty przełomowe, kiedy prowincjonalność stawała się mało atrakcyjna w oczach koleżeństwa szkolnego - miastowego. Były momenty buntu, wyborów i poszukiwania własnej tożsamości. Stado przetrwało w pamięci, pomimo, że z częścią nie mam stałego kontaktu.

  Cały czas jesteście we mnie. Dzięki Wam miałam piękne dzieciństwo, jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam nadzieję, że moje dzieci też będą wychowywane przez całą wioskę, w wolności i szacunku. Rodzice i dziadkowie z pewnością i odwagą pielęgnowaliście w nas ufność wobec ludzi, otwartość na świat, pracę i nowe doświadczenia – dziś zbieramy tego żniwo. Bo „do wychowania jednego człowieka potrzebna jest cała wioska". Świete słowa! 

 

zdjęcie